Najnowsze komentarze
lupa do zdjęcia: Zamyslona Ola Sobotka
oo znam ją
2920 (8)
aktualnie to bardzo "nie" tania za...
Zbycho_Jura do: Każdy motocykl się psuje?
To co wymieniłaś to mi się wydaje ...
I jak tu nie widzieć sensu dnia Ws...
Więcej komentarzy
Moje linki

03.12.2011 18:23

Przystanek Austria

Jeszcze dzień przed wyjazdem sakwa nie była nawet w połowie spakowana. Jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę, jak zwykle bez nerwów i stresu bo przecież jakoś to będzie…

Austria i Niemcy nigdy nie figurowały na liście top10 krajów, które chciałabym odwiedzić. Być może moje życiowe roztrzepanie trzyma mnie z daleka od miejsc, które kojarzą mi się z poukładaniem. Krajów, w których mogłoby się wydawać, że wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Cel tym razem uświęcał środki bo na miejscu czekały dwie kultowe imprezy o zupełnie odmiennym charakterze. Tym oto sposobem udałam się w swoją pierwszą, nieco dalszą podróż z GSem. Bo skoro już jechać, to przynajmniej czerpać z tego przyjemność… Jak w gruncie rzeczy było?

Rodeo na wzgórzu

Tryb turystyczny został włączony w mojej głowie tuż po wyjeździe z Warszawy. Wkrótce nie było nic oprócz mnie, motocykla i drogi, która w Austrii zamieniła się w gładki asfalt usiany dookoła cudnymi widokami. Sama podróż do Eisenerz położonego w górach minęła nieomalże w mgnieniu oka. Schody zaczęły się właściwie po jakichś ośmiuset pięćdziesięciu kilometrach, kiedy do celu zostało ostatnie pięćdziesiąt. Dopiero wtedy zaczęłam odczuwać zmęczenie, a padający zamiennie z nieba grad z deszczem oraz asfalt (który po przejściu burzy zamienił się de facto w trawnik) sprawił, że na wzgórze doczłapałam się ostatkiem sił. Byłam przemarznięta, zmęczona i zła głównie dlatego, że mój brzuch zdążył się już przykleić do pleców. Widok pogrążonego w deszczu obozowiska, żwir, piach i dopadające mnie zewsząd zimno jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że to będzie hardcorowy weekend. Radość z obecności na Erzberg Rodeo przyćmiło jednak chwilowo moje zmęczenie. Jedynym celem na tamtą chwilę było znalezienie naszego domku, wzięcie gorącego prysznica i przyklejenie się do kominka.
GS nie odmówił mi posłuszeństwa nawet na chwilę i dowiózł mnie pod samą chatę. Jedynym słowem spisał się dzielnie w trakcie tej podróży i należała mu się chwila wytchnienia. Ściąganie bagażu z GSa w strugach deszczu przypominało wykonywanie zadania na czas, w którym nagrodą był tym upragniony prysznic. Chwilę później zawinięta w turban szykowałam już kolację. Powoli całe to zmęczenie zaczęło ze mnie schodzić i ze zdwojoną siłą powróciła Żmija na wysokich obrotach. Dopiero wtedy tak naprawdę dotarło do mnie, że jestem w Eisenerz. Świadomość tego, że już następnego dnia będę mogła na żywo zobaczyć jedne z najbardziej hardcorowych zawodów extreme enudro w Europie zdawała się być dodatkowym zastrzykiem adrenaliny. Reset umysłu nastąpił bardzo szybko. Pomogła w tym też szklaneczka whiskey. Znowu miałam naładowaną baterię do pełna i byłam gotowa nawet o północy powrócić do głównej siedziby Erzberg Rodeo…

Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą

Przez cały weekend padać przestawało jedynie chwilami, a temperatura oscylowała w granicach 10 stopni Celsjusza. W wyniku opadów na miejscu utworzyły się małe strumyki wody, a ziemia zamieniała się w grząskie kałuże pełne błota. Nie zazdrościłam zawodnikom, którzy w takich warunkach zmagali się nie tylko z górą Eisenerz, ale także z wytrzymałością swojego organizmu i własną psychiką. Długie koleiny wyryte w błocie, śliskie i strome podjazdy zebrały całkiem pokaźne żniwo. To wszystko jednak zebrane w jedną całość robiło piorunujące wrażenie. Wyobraźcie sobie, że stoicie na wielkiej górze, z której rozpościera się widok na dolinę, w której kilkuset śmiałków zagrzewa się do walki. Po chwili następuje cisza, w której adrenalina wzrasta do potęgi entej…. Cisza przed burzą, bo po kolejnej chwili sędzia ponownie daje sygnał do włączenia silników. Pierwsi zawodnicy startują, za nimi ruszają kolejni i wkrótce stajecie się świadkami ostrej walki. W dole znajduje się kilkudziesięciu zawodników zmagających się z trudną trasą. Najgorsze jednak jest jeszcze przed nimi, z czego sami doskonale zdają sobie sprawę. Każdy z nich wie czym jest Erzberg Rodeo i każdy z nich walczy jak lew, do końca. Jak ktoś nie może podjechać pod strome wzgórze to zrzuca sprzęt na dół i próbuje raz jeszcze. Kamienie, błoto i piach sypią się spod opon. Niektórzy zrzucają nawet gogle bo już nic nie widzą. Hare Scramble po prostu ukazuje wolę walki w jej najczystszej postaci. Do tego ostatniego starcia, czyli wielkiego finału z tysiąca ośmiuset zgłoszonych klasyfikuje się pięciuset, a do mety o wyznaczonym trasie dotarło w tym roku mniej niż dziesięciu (!!!). Nie wiem czy przeżycia z ErzbergRode da się w ogóle opisać słowami, w szczególności jeżeli wśród zawodników nie brakuje polskich nazwisk, które plasują się wysoko. Codziennie mocno trzyma się za nich kciuki wypatrując ich nazwisk na listach kwalifikacyjnych z lekką adrenaliną. Nie wiem czy istnieje jakiś sposób aby opisać tą radość, którą funduje nam Tadek Błażusiak wygrywając całe zawody. Myślę, że najłatwiej będzie jeżeli odeślę Was teraz do obejrzenia kilku filmików jakie powstały w trakcie tego wyjazdu, które możecie znaleźć tutaj. Dla mnie osobiście to był kosmos. Myślę, że dla widzów i tych 1800 zawodników, którzy tam przyjechali również. Trzy dni w Eisenerz dostarczyły mi mnóstwo wrażeń i adrenaliny. Sprawiły także, że w niedzielny wieczór zasnęłam jak suseł.

Pomarańczowy GS!

Kiedy wstałam  w poniedziałkowy poranek dookoła było cholernie cicho, mogłabym powiedzieć, że wręcz nieznośnie. Z dwoma Marcinami z naszej redakcji, którzy towarzyszyli mi na miejscu pożegnałam się już w niedzielę wieczorem. Reszta ekipy opuściła Eisenerz tuż po zawodach. Pijąc poranną kawę mój wzrok przykuł wydarty kawałek gazety z odręcznie napisaną notatką, który leżał na stole.  „Żmijka, ciesz się swoim nowym KTMem! ... Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś na ErzbergRode. Miro & KTM” Na mojej twarzy pojawił się sentymentalny uśmiech. To cholernie miłe, kiedy spotykasz na swojej drodze innych pasjonatów. Zazwyczaj są to ludzie, z którymi nawet po roku czy dwóch spotykając się ponownie wciąż ma się milion tematów do rozmów. O co jednak mogło chodzić Mirowi z tym KTM’em? Założyłam na siebie bluzę i wyszłam w piżamie na werandę domku. Już z daleka GS świecił kolorem pomarańczowym. Śmiałam się sama do siebie. Osioł wyglądał jak choinka na Boże Narodzenie. Z resztą możecie zobaczyć go w tych KTMowych barwach na załączonym obrazku. Część z nich postanowiłam zostawić na dalszą drogę. Czas bowiem naglił i trzeba było wyruszać do Monachium….

Komentarze : 5
2011-12-24 22:45:18 Żmija

GS już przywykł do łatki osła :) Idzi... po prostu się udało. Sprzyjała kondycja, pogoda, droga. Gdyby nie to, zapewne zrobiłabym sobie nieco dłuższy postój :) Sha dzięki wielkie, mam nadzieję, że w najbliższym czasie powstanie część druga z tej podróży, a także inne opowieści z minionego sezonu :)

2011-12-18 00:19:45 sha2502

Zazdroszczę takiej podróży ;) Fajnie się czyta ;)

2011-12-05 21:39:18 szuma_

Nie wiem jak GS, ale ja bym się obraził za nazywanie mnie osłem ;P. Pozazdrościć wycieczki, fajna sprawa

2011-12-04 04:07:45 templar

... a zdjęcie z flagą... Mniam :)

2011-12-03 19:21:28 idziach

Pokonanie ponad 1000km za jednym zamachem jest mega wyczynem, ja do tej pory chodzę i przeżywam że znam taką kobietę która tego dokonała i jeszcze po takiej długiej trasie, po lecącym gracie wielkości kurzych jaj miała siły jeszcze na więcej!
szacun :)

  • Dodaj komentarz