• » RiderBlog
  • » zmija
  • » Motocyklowa majówka w Beskidach - powrót do Żmiącej
Najnowsze komentarze
lupa do zdjęcia: Zamyslona Ola Sobotka
oo znam ją
2920 (8)
aktualnie to bardzo "nie" tania za...
Zbycho_Jura do: Każdy motocykl się psuje?
To co wymieniłaś to mi się wydaje ...
I jak tu nie widzieć sensu dnia Ws...
Więcej komentarzy
Moje linki

28.07.2011 09:58

Motocyklowa majówka w Beskidach - powrót do Żmiącej

Dzień przed wyjazdem rozłożyłam na podłodze pokoju zniszczoną przez poprzednie wojaże mapę Polski i szorując palcem po papierze zaczęłam wytyczać trasę.

Mój wzrok przykuł w szczególności zielony placek pod Kielcami, przez który przebiegała trasa 752. Tym oto sposobem od Radomia zboczyłam nieco z głównej drogi i pognałam w Beskidy bocznymi ścieżkami. Z każdym kolejnym przydrożnym słupkiem, który mijałam, swoimi myślami byłam coraz dalej od codziennych obowiązków. Mogłam zacząć cieszyć się wyłącznie jazdą i przemykającymi przed szybką kasku widokami.  Sunąc pośród lasów i małych miejscowości osioł pożerał kolejne kilometry. Mogłoby się wydawać, że kolejny trip do małopolski będzie przebiegał pod znakiem słonecznej aury jednak gdzieś od Buska zaczęło lać. Wkrótce deszcz zamienił się w grad i spadające z nieba kuleczki dosyć dotkliwie uderzały o moje ubranie. Przy tak słonecznej pogodzie było to jednak dla mnie bez znaczenia. Jechaliśmy z osłem przed siebie.

Kiedy wjechałam już na trasę na Nowy Sącz moim oczom ukazały się znajome widoki. Te same zamki nieśmiało wyglądały zza drzew, te same jeziora leniwie wygrzewały się w zachodzie słońca. Tuż przy Jeziorze Rożnowskim zatrzymałam na chwilę motocykl, aby nacieszyć się ostatnimi promieniami, które znikały gdzieś za górami. Od przemiłego Pana, który wdał się ze mną w rozmowę na parkingu usłyszałam, że osioł to Ścigacz, bo przecież tak opisuje go naklejka  i na pewno jest bardzo stary, bo taki brudny jakiś. Uprzejmy dziadek przypisał mu nawet prędkość strusia pędziwiatra, a kiedy powiedziałam, że maksymalna prędkość tej torpedy to zaledwie 170 km/h odczułam pewną nutkę rozczarowania w jego „Ach tak..” .

Chata na Wzgórzu

Do Żmiącej prowadził gładki asfalt, po bokach którego wyrosły piękne, kwitnące sady. Jedynie pod chatę „U Gazdy”, znajdującą się na wzgórzu, prowadziła ubłocona ścieżka. Kiedy wgramoliliśmy się tam z osłem, mogłam odetchnąć z ulgą. Wreszcie przyszedł czas, aby zrzucić bagaże… W przyległej stadninie koni krzątali się gospodarze obiektu. Dokładnie Ci sami, których zastałam w Żmiącej ubiegłej jesieni.  Po podróży marzyłam jedynie o gorącej kąpieli i sytej kolacji, która odkleiłaby wreszcie mój brzuch od pleców. Na moje pytanie „Czy będzie kolacja?” Pani „Zosia” odpowiedziała ze swoją wrodzoną szczerością „Tylko przyjechała i już chce jeść. No to jak, bigos może być?” „No pewnie!” odrzekłam bez wahania.  Poszłyśmy do kuchni… Kiedy mój brzuch zaczął przypominać arbuza przyszedł czas na odpoczynek. Od gospodarzy obiektu dowiedziałam się, że podupadająca chatka na zboczu wzgórza, w której waliła się podłoga, a nocą słychać było buszujące w drewnie korniki, niebawem miała zostać zrównana z ziemią. Kiedy leżałam tak na łóżku ze wzorkiem wlepionym w sufit zaczęłam zastanawiać się „Gdzie ja do cholery będę teraz nocować?”.  Zasnęłam.

Małe jest piękne

Po ekstremalnej niedzieli, którą spędziłam na stunt ustawce w Grzybowie, przyszedł wreszcie czas na leniwe szwendactwo po Beskidach. W poniedziałkowy poranek zerwałam się punktualnie o ósmej i jeszcze lekko senna poczłapałam na śniadanie. Po misce płatków z mlekiem i kanapce, Pani Zosia zaproponowała parówki. Jako, że nie przywykłam napychać się z samego rana niczym chomik, zaprotestowałam i z uśmiechem podziękowałam. Chwilę później przede mną pojawił się talerz z dwiema parówkami i dorzuconym gratis komentarzem „Nie chcę słyszeć, że Pani nie zje. Musi mieć Pani siłę na trzymanie tego motoru”.  No dobrze, pomyślałam, nie będę odstawiać szopki. Dopijając parzoną kawę spoglądałam na hasające nieopodal konie. Czas naglił… W oddali czekał już na mnie pierwszy przystanek w Laskowej.

Na zielonym podjeździe zaparkowany był biały bus, który dosyć skutecznie zasłaniał front i utrudniał zrobienie chociaż jednego przyzwoitego zdjęcia. Nie zdążyłam się zorientować, kiedy siwy Pan krzyczał do mnie z daleka „Ja Pani to auto przestawię. Pani poczeka. Zdjęcia będą lepsze.” Jak się okazało w krótkim czasie był to pełnoprawny właściciel małego dworku. Historię jego miał chyba w najmniejszym paluszku i byłby skłonny opowiedzieć mi ją w całości, gdyby nie mój życiowy niedoczas. Na zaproszenie do środka nie mogłam jednak odmówić, dzięki czemu już po chwili podziwiłam obficie usiany w religijne motywy sufit, który jest najcenniejszym  jego elementem. Niestety, jak traktuje umowa gentlemańska pomiędzy włodarzem a miastem nie można go fotografować. Niemniej jednak już samo zderzenie z dosyć specyficznym zapachem, który rozgościł się w poszczególnych izdebkach wypełnionych różnymi starociami sprawiał, że można było się przenieść w czasie. Tuż przy wyjściu przesympatyczny gospodarz zatrzymał mnie mówiąc „A Pani nie ma zdjęcia, Pani da aparat, to ja zrobię”. Chwilę później z lustrzanki wydobył się dźwięk serii zdjęć i Pan krzyknął z oddali „O.. Chyba się zrobiło. Pani zobaczy, żeby było dobrze”. Na pożegnanie wyposażono nas jeszcze z osłem we wszelkiej maści mapy. Począwszy od „Szlaku architektury drewnianej”, „Zamków małopolski”  na „Małopolskim Szlaku Wód Mineralnych” skończywszy. Jak powiedział zarządca „Te mapy są lepsze, bo dokładniejsze i trudniej się zgubić”. Zapakowałam je zatem do kufra, podziękowałam za gościnę i ruszyłam w drogę.

Pan tu nie stał, czyli historia młyna, którego nie było

Kolejnym przystankiem miała być mała miejscowość Podłopień położona niedaleko Tymbarku. Nie wiedzieć czemu pokusiłam się o obejrzenie fabryki napojów, które zawsze kryją pod swoim wieczkiem jakiś kreatywny tekst, który przywykłam nazywać „poradami wujka Tymbarka”. Po dojechaniu na miejsce zobaczyłam szare budynki, w zasadzie niczym nie różniące się z zewnątrz od fabryki ołówków czy też zderzaków. Nie wiem, czego właściwie się spodziewałam, ale w myślach malowała mi się kolorowa fabryka otoczona pięknymi drzewami i bramą wjazdową, za którą kryją się ustawione rzędem cudnie wyglądające ciężarówki. Chyba i tym razem poniosła mnie moja, niekiedy dziecięca, fantazja podsycana zapewne magią i siłą reklamy. Skoro wyobrażenia o fabryce  z bajki pękły niczym bańka mydlana, postanowiłam ruszyć dalej w drogę. Jeszcze ubiegłej jesieni wyczytałam w jednym z przewodników, że w Podłopieniu znajduje się stary młyn. Już nawet nie pamiętam co mnie skłoniło do tego, aby wciągnąć go na listę miejsc, które chcę zobaczyć. Tak czy inaczej miałam plan. Kiedy dojechałam „na miejsce” nigdzie nie mogłam znaleźć wskazówki gdzie ów młyn może się znajdować. Ostatnią deską ratunku zdawali się być mieszkańcy. Chodziłam tak od chałupy do chałupy i pytałam, gdzie jest młyn, bo przecież nie mógł wsiąknąć ot tak jak kamfora. Za poradą ostatnich napotkanych gospodarzy zboczyłam nieco z trasy i tuż za malutkim mostkiem zjechałam na szutrową dróżkę, obok której płynęła rzeka. Mogłoby się wydawać, że jeżeli rzeczywiście gdzieś ma stać ten cholerny młyn, to właśnie tam. Tam jednak również go nie było. Po chwili postoju nad rzeką postanowiłam ruszyć dalej w kierunku Nowego Sącza. Szukanie młyna zajęło nam stanowczo za dużo czasu i tymczasowo podniosło stan mojej irytacji do n-tej potęgi. Nawet na co dzień spokojny GS zaczął się niecierpliwić tą jazdą wkoło komina.

Teleport do przeszłości

Okolice Starego Sącza, Piwnicznej Zdrój i Krynicy Górskiej to przede wszystkim sporo wspomnień z mojego dzieciństwa. W każdym z tych miejsc postanowiłam zatem przystanąć chociażby na momencik, aby odkurzyć swoją pamięć. W trakcie krótkiego postoju pod basztą w Nowym Sączu znalazłam chwilę, aby poinformować bliskich, że wciąż żyję i miewam się znakomicie. Pomimo, że moja Mama w pełni akceptuje moją pasję do motocykli i pogodziła się z faktem, że jest ona nieuleczalna, moje samotne podróże w nieznane doprowadzają ją do szału. Zazwyczaj bowiem mottem przewodnim tych eskapad (za które niekiedy mocno pokutuję) jest „przecież jakoś to będzie”.   Dobrze, że w dzisiejszych czasach istnieją telefony komórkowe i od czasu do czasu mogę ją nieco uspokoić. Czas naglił, a kiedy moje ucho przybrało kolor purpury ruszyliśmy dalej.

W Starym Sączu zatrzymaliśmy się z osłem w restauracji o swojsko brzmiącej nazwie „Marysieńka”. Pomimo wietrznego popołudnia rozgościłam się na tarasie z widokiem na urokliwy rynek, na którym po handlarzach nie było już praktycznie śladu. Popijając kawę i spoglądając co jakiś czas na stojącego w oddali osła czułam się po prostu szczęśliwa. Każda podróż w te nieco dalsze nieznane dodaje mi skrzydeł i ładuje życiowe baterie do pełna. Każda z tych podróży pozwala mi odciąć się od wszystkiego i przez chwilę żyć w zupełnie innej rzeczywistości. Gorzej bywa z powrotami i zejściem na ziemię. O tym ostatnim nie miałam jednak ochoty myśleć, a przynajmniej jeszcze nie w tamtym momencie. Po wciągnięciu zupy i drugiego dania leniwie stoczyłam się po schodach. Dobrze, że GS ma wygodną kanapę i obiad w trakcie drogi do Piwnicznej miał szansę się jako tako ułożyć. Kiedy osioł pożerał kolejne kilometry, ja łapczywie pożerałam wzrokiem otaczające mnie widoki. Na kilka kilometrów przed Piwniczną naprzeciwko mnie pojawiły się dwie offroadówki obładowane bagażami. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że ten widok jest jakby mi znajomy, jednak finalnie machnęliśmy sobie ręką i każdy pojechał w swoją stronę. Po krótkim przystanku nad spienionym Popradem przyszedł czas, aby odwiedzić Krynicę Górską, która chyba najdokładniej zapisała się w moich dziecięcych wspomnieniach. Miejsce to kojarzyło mi się przede wszystkim z pijalnią wód, przed którą stał nieco osiwiały dziadek z długą brodą. W swoich dłoniach trzymał ledwo zipiący akordeon, a tuż obok zielonej czapki na jego ramieniu siedziała mała, figlarna małpka. Oczywiście po owym Panie śladu już nie było, ale za to wody było tam pod dostatkiem. Udałam się zatem prosto do wodopoju porzucając GSa tuż przy zatłoczonym głównym deptaku. W międzyczasie, kiedy ja raczyłam się Janem, mój telefon zaczął dosyć natarczywie przypominać mi o nieodczytanych sms-ach. Jak się wkrótce okazało mój wzrok nie zawiódł i napotkani na drodze motocykliści okazali się być znajomymi, którzy wracali ze Słowacji. Z racji nadchodzącego zmierzchu umówiliśmy się na spotkanie na dzień następny w trakcie naszych powrotów do domu. Po krótkim spacerze wśród zgiełku ludzi postanowiłam wracać do Żmiącej, gdzie w przeciwieństwie do „wakacyjnych miejscowości” panowała święta cisza i spokój. W podróżach motocyklem cenię sobie możliwość bycia sam na sam ze sobą. Komercyjne miejsca nadają się na krótkie pit-stopy, jednak na dłuższą metę zaczynają mnie najzwyczajniej w świecie męczyć.

Uwaga: Osuwiska skalne!

Jak to w moim przypadku bywa nie obyło się bez pomylenia trasy powrotnej. W Nowym Sączu zamiast skręcić na Kraków i pojechać trasą 75 skręciłam na trasę 976 na Zakliczym. Po kilku kilometrach moim oczom ukazała się dosyć kręta droga, prowadząca z drugiej strony Jeziora Rożnowskiego. Już po kilku pierwszych kilometrach nie żałowałam jednak swojej pomyłki.  Nawet spóźnienie na kolację do Pani Zosi zdawało się zbyt słabym argumentem aby zawrócić. Trasa, która ukazała się moim oczom, pomimo kiepskiej nawierzchni, była po prostu piękna. Wyłaniające się pośród zielonych gór malowniczo położone jezioro, zakręty i jazda pośród drzew sprawiła, że na mojej twarzy automatycznie pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Pokonując kolejne winkle, a także koleiny, których na tej drodze nie brakuje nagle przed jednym z nich ukazał się znak „osuwiska skalne”, a tuż za nim znak ograniczenia prędkości do 20-tu km/h. Pomimo wielu ograniczeń prędkości w naszym kraju, to akurat jest raczej rzadko spotykane na trasie, więc automatycznie odjęłam gaz i zwolniłam. Wkrótce okazało się, że połowy zakrętu nie ma i zostało jedynie wąskie zwężenie, gdzie zgodnie z panującą zasadą w mniejszych miejscowościach kto pierwszy ten lepszy. Kilka, a może kilkanaście kilometrów później sytuacja się powtórzyła tyle tylko, że tym razem asfalt z winkla gdzieś zniknął, a cały zakręt wyłożono drobnymi kamyczkami. Nie wiem czy motocykle o nieco innym zawieszeniu śpiewały by tym samym głosem co osioł, ale on zdawał się być w siódmym niebie. Przez całą tą przygodę do chaty w Żmiącej dotarliśmy 30 minut po kolacji. Skruchę postarałam wyrazić spuszczoną głową i ukradkiem wemknąć się do kuchni. „O jest Pani…”  usłyszałam z jednej z izdebek. Wyczuwając humorystyczny podtekst w wypowiedzi Pani Zosi odpowiedziałam jednym tchem „Przepraszam za spóźnienie, aczkolwiek pomyliłam trasy, a kiedy już pojechałam tą trasą na Zakliczym, to jakoś ciężko było zawrócić bo widoki same kusiły żebym jechała dalej, później zapaliła się rezerwa, więc myślałam, że nie dojadę, no ale jednak dojechałam, a że Pani jeszcze tutaj jest to znaczy, że chyba nie jest najgorzej…”. Na twarzy Pani Zosi pojawił się uśmiech, a chwilę później padły słowa „No jakby tak Pani do ósmej nie było to bym zamknęła kuchnię, a tak nie ma problemu”. Kolację w ramach rekompensaty postanowiłam zjeść w ekspresowym tempie zabierając dwie kanapki i herbatę na wynos i mówiąc „To ja już sobie pójdę, co by Pani dłużej nie zatrzymywać” udałam się w kierunku mojego pokoju. Wieczór spędziłam na ganku wpatrując się w niebo i słuchając nocnych odgłosów  wsi.

Zima w lecie, czyli mroźny powrót do domu

Kiedy wyjeżdżałam ze Żmiącej wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że pesymistyczna prognoza pogody niestety sprawdzi się w praktyce. Póki jednak nie lało, postanowiłam dalej cieszyć się jazdą i ruszyłam do Warszawy nieco bardziej malowniczą drogą przez Sandomierz. W Dąbrowie Tarnowskiej spotkałam się z minionymi na trasie do Piwnicznej znajomymi, którzy swoimi offrodówkami postanowili zdobyć przygraniczne poligony. Czapki z głów Panowie, bo ja z moim GSem to jestem przy Waszych tripach miejskim ministrantem. Po krótkiej pogawędce obok nieczynnej cukierni każdy z nas ruszył w swoją drogę. Żegnając się zastanawialiśmy się, czy w trakcie trasy powrotnej dopadnie nas śnieg, o którym coraz częściej wspominały prognozy.  Jak mówi polskie przysłowie „Co się odwlecze to nie uciecze” i tuż za Opatowem stanęła przede mną ściana deszczu, a temperatura spadła sporo poniżej 10 stopni. W połowie drogi uśmiech zaczął schodzić z mojej twarzy, a przed samą Warszawą miałam ochotę zatrzymać się gdzieś, gdzie będzie ciepło i sucho. Aby zmusić moje ciało do jeszcze odrobiny wysiłku mówiłam sama do siebie „Jeszcze chwila i będziesz w wannie, w domu, gdzie stoi Twoje łóżko. Dasz radę”. Dałam. Ściągając nasiąknięte wodą ciuchy motocyklowe i trzęsąc się jak galareta wskoczyłam do wanny. Zamieniając się powoli w pomarszczoną pomarańczę już z uśmiechem na twarzy mogłam wspominać kolejną z podróży, jaką udało się zrealizować w tym sezonie. Podróży, która po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że czasami warto się zgubić (nie bez powodu mój GPS od dawien dawna pasie się u mojej Mamy w samochodzie). Podróży, dzięki której mam kolejne wspomnienia, do których będę mogła wracać zimową porą. Podróży, w trakcie której poznałam wielu sympatycznych ludzi, a w końcu podróży, która chociaż na chwilę pozwoliła mi się oderwać od codziennej rzeczywistości.

Dalsze losy osła (o ile ktoś w ogóle dotrwał do tego momentu bowiem nie jestem przekonana, czy tym razem nie przegięłam z długością wpisu): Od tego czasu na liczniku GSa pokazało się przeszło 13 000 km. Odwiedziliśmy wspólnie polskie morze, góry, miasta i pojechaliśmy w podróż do Austrii i Niemiec. Z racji życiowego niedoczasu kolejne opowieści dziwnej treści pojawiać się będą jednak stopniowo. W końcu dopóki trwa jeszcze sezon trzeba z niego jak najwięcej korzystać!

Komentarze : 15
2011-08-23 11:19:16 beebas

Pisać to będziesz w "międzysezonie" ;-)
A teraz póki jeszcze jest jako taka pogoda korzystaj z każdej wolnej chwili i śmigaj.
Czym więcej wycieczek odbytych i ciekawych kilometrów pokonanych tym lepiej, ciekawiej, weselej.

Pozdro

2011-08-13 11:56:00 Żmija

Tak sobie czasami myślę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Gdybym nie szukała młyna, to zapewne nie dotarłabym nad rzeczkę z malowniczym widokiem na góry. Czasami dobrze jest się zgubić... i pomimo, że niekiedy błądzenie wkoło komina przyprawia o nerwicę zaawansowaną to w ogólnym rozrachunku jest po prostu ciekawiej :D Ps. Do opisania pozostała mi jeszcze wyprawa do Austrii i Niemiec, a także ostatni, ponad 600 kilometrowy, powrót do domu znad morza haha :D Gdyby tylko czasu na pisanie było nieco więcej...

2011-08-11 16:52:04 latajacyholender

To ja skometuje nie w motocyklowych klimatach.
Mając n-aście lat pomyslałem sobie, że fajnie by było wejść na Rysy. Co pomyślałem, to zrobiłem. Pojechałem do Zakpca, wsiadłem w busik. w schronisku Nad Czarnym zakupiłem butelke Tymbarka (szklaną jeszcze wtedy) i polazłem na góre. A jak już tam byłem i nasycałem się widokiem i okolicznością przyrody, to otworzyłem butelke i na kapslu przeczytałem "Należało ci się".
I wiesz, Tobie po takiej wycieczce i taaaakim opisie, tez się należą.. Graktulacje!

2011-08-02 22:42:22 templar

Jak Ty Żmijko będziesz na emeryturze to ja będę straszył po tych wszystkich zamkach, więc już się możesz zacząć bać hehe. Śpij dobrze :)

2011-08-01 15:15:23 Żmija

Michaliński ja jeżdżę dla przyjemności, a zatem ilość kilometrów do docelowego miejsca nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Tak naprawdę to wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ps. Człowiek nic nie musi, człowiek może :D

Creez wsiadasz na moto i jedziesz :D Wczoraj wróciliśmy z GSem znad morza, gdzie nasza trasa powrotna nieoczekiwanie przerodziła się w 650-cio kilometrowy trip :D Oczywiście w moim wypadku nie ograniczają mnie "domowe obowiązki", a zatem i to nieco ułatwia sprawę.

Wilku w deszczu też można jeździć. Jak mawiała to moja babcia "z cukru nie jesteś". Ja korzystam z sezonu jak tylko mogę. Żyjemy w kraju, w którym dosyć często leje, a zatem idzie się przyzwyczaić. Oczywiście, przy deszczowej aurze, trzeba się jednak odpowiednio zaopatrzyć przed wyprawą, ale wciąż można cieszyć się jazdą.

2011-07-30 18:59:21 wilko

Na początku długość, tego wpisu mnie przeraziła, ale bardzo miło się go czyta, więc wielkość nie ma znaczenia. Dzięki tej historii, głód jazdy został nieco zaspokojony. Niestety ten sezon nie rozpieszcza nas pogodą:-/

2011-07-29 23:41:48 creez

Świetna wyprawa. Zastanawiam się, jak organizujesz sobie czas na takie wyjazdy? Chyba też muszę tego spróbować, a ten wpis motywuje. Pozdrowionka.

2011-07-29 11:54:24 Michaliński

"Nie wiem czy motocykle o nieco innym zawieszeniu śpiewały by tym samym głosem co osioł, ale on zdawał się być w siódmym niebie."

Śpiewają, śpiewają... ;) Nie tak dawno temu (jakieś 2-3tyg) pokonywałem trasę dookoła J. Rożnowskiego, dokładnie tymi samymi drogami, o których piszesz i nawet Diablica była szczęśliwa na tych winklach z kiepską nawierzchnią ale za to z pięknymi widokami. (w dodatku obładowana pasażerką) ale było extra. ;)

Lubię Twoje wpisy, są fajne, jednakże nasuwa mi się myśl, że mam nad Tobą przewagę, gdyż ja te widoczki mam prawie na codzień, a Ty musisz się zapuszczać na dalekie eskapady, aby je zobaczyć. :P Nie mniej jednak i tak zazdroszczę Tobie tych wycieczek. Ty masz jeszcze dokąd uciekać, aby odpocząć... Co mają zrobić Ci, którzy już mieszkają w tych miejscach?
Pozdrawiam! ;)

2011-07-29 11:07:45 Żmija

Ania dokładnie jest tak jak mówisz. Takowe zabezpieczenie zostało wprowadzone dla niezalogowanych użytkowników bowiem zaczął pojawiać się spam w komentarzach.

Przechodzeń. Tak, przyznaję, motocykle nie zostały zaparkowane właściwie. Niemniej jednak nie zauważyłam, aby w trakcie naszego krótkiego postoju sprawiłyby komukolwiek problem. Jeżeli by tak było zostałyby one przestawione i uprzedzając ew. pytania nie, nie parkuję tak na co dzień.

2011-07-29 10:43:40 przechodzień

Brawo, 3 motocykle zaparkowane na chodniku uniemożliwiają przejście. Brawa za inteligencję!

Żmija, rusz mózgownicą jak coś robisz...

2011-07-29 10:39:52 AnnaBel

Jestem niezalogowana więc może tylko ja muszę wpisywać kody(ciąg liter bądź cyfr które są zniekształcone, podwojone dla utrudnienia sprawy) żeby dodać komentarz- chyba po to, żeby nie było niepotrzebnego spamu.

2011-07-29 09:44:07 Żmija

"Rany jak mi dobrze, rany jak miło
I bawi mnie co robię i to kim jestem i kim byłem" :) Ania jakie obrazki masz na myśli?

Templar w naszym kraju zamków nie brakuje. Póki co jednak ich zwiedzanie zostawiam sobie na emeryturę ;)

Grzesiekdt, Kraków znalazł się na trasie, ale poprzedniej eskapady w Beskidy. Również pozdrawiam :)

2011-07-28 23:30:45 Grzesiekdt

Po obejrzeniu zdjęć zastanawiam się czy może trasa przebiegała przez Kraków.
Oczywiście pozdrowienia z Dąbrowy T.

2011-07-28 14:27:42 templar

Majówka, majówką, ale zameczek pierwsza klasa ;)

2011-07-28 10:59:33 AnnaBel

Świetne opisy- czytałam chętniej niż opisy przyrody Mickiewicza! Trzymasz poziom.
a to piosenka na dziś:
http://www.youtube.com/watch?v=so3rnRc_xkM
Pozdrawiam i życzę owocnego i przyjemnego korzystania z sezonu! :-)
btw- czy nie uważacie, że kody z obrazków są za trudne nawet dla trzeźwego człowieka?!

  • Dodaj komentarz